„Służba była największą przygodą mojego życia”
„Służba była największą przygodą mojego życia”. Rozmowa z Markiem „Włóczykijem” Stan, byłym dowódcą sekcji w Jednostce Wojskowej GROM, uczestnikiem misji zagranicznych w Afganistanie. Fot. Archiwum prywatne Marka Stan
Rozmowa z Markiem „Włóczykijem” Stan, byłym dowódcą sekcji w Jednostce Wojskowej GROM, uczestnikiem misji zagranicznych w Afganistanie.
Jak i kiedy trafiłeś do JW GROM? Jaka była Twoja motywacja dotycząca dołączenia do jednostki?
Do „FIRMY” trafiłem w 2005 roku. Pytasz o motywację – jeśli miałbym zażartować, to powiedziałbym, że chyba musiałem uderzyć się w głowę, i to dość mocno i skutecznie (śmiech), ale tak poważnie mówiąc, to od 2000 roku studiowałem w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu – powoli, z roku na rok, „dotykałem” wojska jako struktury i codzienności życia, to był wspaniały okres, ale też moje wyobrażenia i marzenia zderzały się z realiami armii. Próbowałem więcej i mocniej, a to nie zawsze było mile widziane, ponieważ generalnie tendencja była taka, żeby było równo i kiepsko. Na szczęście nie wszędzie, spotykałem na swojej drodze ludzi ponadprzeciętnych i byłem w nich zapatrzony. Potem, w trakcie studiów, były praktyki w jednostkach wojskowych. To było ciężkie zderzenie z rzeczywistością, które najbardziej na mnie wpłynęło i udowodniło, że tak nie chcę. Po praktykach podjąłem decyzję: albo „grubo”, albo wcale.
Z takim nastawieniem wróciłem na uczelnię i zacząłem drążyć temat JW GROM. Było to trudne, bo informacje o GROM-ie były tajemnicą, dostępne były tylko jakieś wzmianki w prasie papierowej i kultowe zdjęcie z wylotu na Haiti. Drążyłem i pytałem, kogo się tylko dało, okazało się, że jednym z opiekunów sąsiedniej kompanii jest oficer po selekcji – Piotr Sz. – postać owiana legendą nadludzkiej sprawności fizycznej. Zależało mi bardzo, więc uprosiłem go i udałem się na spotkanie. Udając twardziela, opowiedziałem, o co mi chodzi i zadałem milion pytań. W odpowiedzi usłyszałem: „Tak, jestem po selekcji – musisz wysłać ankietę i czekać”. Im więcej drążyłem, tym częściej spotykałem ludzi, którzy myślą o tym samym, i tak ze zlepka zasłyszanych informacji stworzyłem sobie marzenie do spełnienia. Wrzuciłem wypełnioną ankietę do skrytki pocztowej i czekałem. Ale nie patrzyłem w sufit, wziąłem się do roboty.
Jak przygotowywałeś się do udziału w selekcji? Czy któryś jej element był dla Ciebie szczególnie trudny?
Będąc po szkole oficerskiej, która, dowcipnie mówiąc, słynęła z tego, że student dostaje 10 par trampek i jeden zeszyt, raczej było się sprawnym fizycznie. W moim życiu sport był zawsze bardzo ważny, trenowałem od wielu lat różne konkurencje, co ukształtowało mój charakter, nauczyło dyscypliny i chęci zwycięstwa. Lubiłem sukcesy, byłem ich „głodny”. Tak było też podczas studiów – po zajęciach był trening, w treningu czułem się bardzo mocny. Po decyzji o przystąpieniu do selekcji było jeszcze „mocniej”, do dotychczasowego treningu dołożyłem weekendowe chodzenie z plecakiem i nawigację – nie byłem imprezowiczem, swoją energię zużywałem na rozwój i przygotowanie. W końcu przyszedł dzień sądu – stało się to możliwe dzięki uprzejmości dowódcy batalionu szkolnego – który dorzucił „gorycz” motywacji, że jak nie przejdę, to będę miał przekichane.
Pierwszy etap to był WF i psycholog. Czy był ciężki? Tak. Do konkurencji byłem przygotowany maksymalnie, zaskoczyła mnie liczba kandydatów i ich jakość – konie nie ludzie. I ich wzrok – też byli głodni jak ja. Było to trochę przerażające, ale dawało nadzieję, że ja też tu jestem i też chcę. Podczas sprawdzianu zaskoczyło mnie również to, że konkurencje następowały jedna po drugiej, praktycznie bez odpoczynku – mięśnie płonęły, nie było suplementów i czasu na regenerację – butelka wody i jakiś tam strój sportowy. Za to największą motywacją, a zarazem najbardziej emocjonującym wydarzeniem, było dla mnie (mega młodego gościa) pierwsze prawdziwe spotkanie z ludźmi z Jednostki. Poza instruktorami z wydziału szkolenia i szefem selekcji (wtedy jeszcze mjr. Sławomirem Berdychowskim) byli operatorzy z oddziałów – dla mnie na tamtym etapie życia „bogowie”. Zapatrzony nie dyskutowałem, robiłem maksimum, aby jak najlepiej się sprzedać, aby zostać jednym z nich! Zaplanowane zamierzenie zrealizowane zostało bardzo dobrze – pierwszy etap był zaliczony. Drugi etap – to była wysokościówka i góry. Dopiero wtedy dotarło do mnie, z czym mam się zmierzyć! Na początku delikatny sprawdzian wysokościowy – jeszcze w Warszawie – poszedł pozytywnie. Byłem w żywiole.
Po zaliczeniu elementu wysokościowego poinformowano nas, że widzimy się jutro o 5:00 w Bieszczadach – podano nam pozycję i pożegnano ozięble. Logistycznie w czterech, jednym samochodem, dojechaliśmy na miejsce przed czasem. Na miejscu 44 facetów gotowych na walkę. O 5:00 podjechał Land Rover, wysiadło dwóch instruktorów – bez krzyku, bez emocji, podali nam jeden raz (!) następną pozycję i limit czasu, po czym odjechali. Zaczęło się – bieg, aby zdążyć. Na miejscu czekali już wszyscy instruktorzy i szef selekcji! Dwie osoby nie wyrobiły się w czasie – podziękowano im za udział, zaczęło się poważnie… Nastąpiło sprawdzenie wymaganego sprzętu z obowiązkowej listy. I tu anegdota: na liście był sweter! Ja uwielbiałem góry i cały czas mnie to frasowało, po co ten sweter, więc wziąłem od 5-letniego bratanka na sztukę, żeby był, skoro jest na liście :)).
Moje rzeczy sprawdzał instruktor „Student”, jak zobaczył ten sweter, to z pełną powagą powiedział: „Ubierz!”. Nawet chwilę próbowałem, ale mam 187 cm wzrostu, więc nie było szans – na szczęście instruktor powiedział, abym poszedł do pobliskiego potoku i przyniósł kamienie, które nadrobią rozmiar – oczy miał poważne, to i ja zrozumiałem, że to nie żarty, przyniosłem dwa duże kamienie, kazał mi je schować do plecaka i nosić. Po sprzęcie zaczęło się: mikrowykład i wcisk, każdego dnia ktoś odpadał. Oczywiście moja selekcja była najgorsza – tak twierdzi każdy w GROM-ie (śmiech).
Co mnie zaskoczyło: maraton ze startem w kolejności odwrotnej do wcześniejszej konkurencji, którą ukończyłem pierwszy, więc startowałem ostatni. Warunek był jeden: odpada gość z najgorszym czasem na końcu maratonu – więc zrobiłem wszystko, żeby wyprzedzić gościa przed sobą i chciałem utrzymać pozycję, taką przyjąłem strategię. Okazało się, że finalnie wyprzedziłem trzech, zacząłem oszczędzać siły, bo wysiłek był potworny – wreszcie finisz. Szef selekcji poprosił przed szereg gościa z najgorszym czasem i powiedział mu, że to koniec! A ten szalony gość mówi, że nie odda numeru, że może robić jakieś karne ćwiczenia itp. „Czarny” – szef selekcji spokojnym głosem powiedział, że „okej” i walnął jakąś liczbę z kosmosu pompek z plecakiem do zrobienia, nawet nie pamiętam, ile – ale ja prawie zemdlałem na samą myśl o zrobieniu takiej liczby na wypoczynku, a nie w trakcie katorżniczego wysiłku. A ten gość odpowiedział „okej” i zaczął robić – skubany… I zrobił, ku zdziwieniu wszystkich, „Czarnego” też. „Czarny” to był honorowy facet, więc słowa dotrzymał. Czemu o tym wspominam? Bo ten „gość od pompek” – „Wicia” okazał się zajebistym operatorem – później robiliśmy razem kurs podstawowy, a nawet jakaś wspólna wycieczka się razem trafiła. Wielokrotnie udowodnił, że warto było zawalczyć o marzenia i myślę, że „Czarny” też uważał, że warto było dać mu szansę – tę nierealną liczbą pompek do zrobienia… Selekcję ukończyło 12 kandydatów.
Potem odbyły się rozmowy z dowódcą, szefem szkolenia i szefem selekcji. Czy to było trudne – tak, ale nie niemożliwe, chociaż siły skończyły mi się w drugiej dobie – selekcję za mnie przeszły charakter, serce, głowa, determinacja i chęć realizacji marzeń. Moje nogi zaś umarły drugiego dnia gdzieś w Bieszczadach…
A co do kamieni z plecaka: wyjąłem je dopiero na koniec selekcji – bardzo się bałem je wyrzucić – głupio byłoby odpaść z tego powodu. „Student” prawie umarł ze śmiechu. „Serio to nosiłeś?! Przecież żartowałem z tymi kamieniami!” powiedział mi, widząc, jak na koniec wyjmuję je z plecaka…
Kolejnym etapem po ukończeniu selekcji jest kurs podstawowy w jednostce. Jak wspominasz ten okres? Jak wyglądała Twoja droga do bycia pełnoprawnym operatorem JW GROM?
Pierwszy etat po Szkole Oficerskiej dostałem w Wesołej (1BPanc), na chwilę zanim mnie ściągnięto do Jednostki. Pamiętam dzień, gdy mijałem bramę – młody podporucznik naprężony jakby mu ktoś kij w tyłek wsadził – przejął mnie wtedy na bramie koleś z kadr, kpt „X”. Stanąłem na baczność i wydukałem regułkę z regulaminu ogólnego, a on w śmiech: „Marek, wyluzuj tu jesteśmy na TY”. Drugie miejsce w Jednostce, spotykam szefa finansów, płk. „X”, i sytuacja się powtarza, ja na baczność, a tu śmiech i ta sama gadka. Trzecie miejsce, spotkanie z szefem szkolenia, gdzie trafialiśmy na kurs podstawowy.
Wchodzę już wyluzowany po wcześniejszych wpadkach z wojskowym zachowaniem. Facet (szef szkolenia) mówi: „Cześć, „Czarny””, no to ja (nauczona małpa) odpowiadam: „Cześć, Marek”. I tu się zdziwiłem. Padło pytanie „Jaki Marek?”, myślę sobie, jaki miły gość, na pewno sprawdza, czy pamiętam nazwisko operacyjne przydzielone w kadrach, a tu nagle „Wyjdź”. No to wyszedłem na korytarz, a tam jeden z instruktorów, „Ksiądz”, trzyma się za głowę i pyta, co mi do głowy strzeliło, żeby się tak odezwać do szefa szkolenia! Okazało się w Jednostce jest trzech gości, do których nie mówi się na „ty” i on był jednym z nich. Zatem kurs podstawowy zacząłem od ochrony płotu i marzenia o jego realizacji oddalały się… Na szczęście to było tylko chwilowe, abym złapał trochę pokory – a to nie było proste w moim wieku.
Kurs podstawowy to była zbieranina ludzi po selekcji – kandydatów do zespołów bojowych. W tamtym okresie trwał 13 miesięcy. Podzielony był na etapy szkoleniowe według wtedy obowiązującego programu szkolenia. Każdy etap był bardzo wymagający i egzaminowany. Dni zaczynały się wcześnie i wydawały nie kończyć – nie przypuszczałem, jak to będzie wyglądać, ale też nie wyobrażałem sobie poziomu szkolenia – to był kosmos – idealnie, że byłem świeżo upieczonym oficerem i tak naprawdę wszystkiego uczyłem się od początku. Koledzy na kursie – starsi wiekiem, z doświadczeniem z innych formacji – z jedną wspólną cechą: zaangażowaniem na poziomie dla mnie do tej pory niespotykanym. Realizowany był od kilkutygodniowego szkolenia ciągiem z „zielonej taktyki” z czasem podnosząc się do niespotykanego poziomu i coraz bardziej skomplikowanych operacji mieszanych ze szkoleniem ogniowym, wszystko zakończone sprawdzianem.
Każdy następny etap był inny, z innej dziedziny (od łączności, medycznych, SERE, narciarskiego, po VIP, skoki, taktykę niebieską, przeplatane ogniowym itp.). Wszystkie dziedziny, w jakich mieliśmy potem umieć się poruszać i pracować. Po każdym etapie były egzaminy, pojawiały się kontuzje i walka o ukończenie kursu, przychodziły coraz bardziej skomplikowane zadania, aż nadszedł czas egzaminu końcowego – dotrwałem, chociaż przez moje wybryki kilka razy moje „być albo nie być” na kursie wisiało na włosku.
Egzamin końcowy to była skomplikowana operacja przeciwterrorystyczna. W trakcie operacji doszło do wypadku, został ranny „Wiechu”, zacząłem mu udzielać pomocy, bo byłem najbliżej, ćwiczenie nie zostało przerwane (!), mimo że nastąpiła prawdziwa ewakuacja medyczna. Długo się nie zastanawiałem, pojechałem z nim w karetce do szpitala, potem pomogłem zorganizować przyjazd rodziny itp. Po ok. 20 godzinach wróciłem do ośrodka szkolenia poligonowego, gdzie odbywał się egzamin, i dostałem informację od jednego z instruktorów, że nie ukończyłem egzaminu i wylatuję z kursu! Powrót do Jednostki był dla mnie katastrofą, wszyscy świętowali poza mną. Po powrocie udałem się dowódcy zespołu, na który miałem trafić po kursie, oświadczyć, że jednak na finiszu odpadłem, opowiedziałem całą historię, co się stało itp.
Na moje szczęście facet powiedział, że dla niego nie odpadłem i tak to powinno wyglądać, że takie tu są zasady, że nie zostawiamy nikogo, że własne dobro mamy poświęcać dla innych, że dobrze zrobiłem, udzielając pomocy i mimo ryzyka wywalenia z kursu poświęciłem się dla „Wiecha”. Zebrały się mądre głowy, omówiły mój przebieg całości kursu, poszczególne egzaminy i uznano, że ukończyłem Kurs Podstawowy. Mogłem dostąpić zaszczytu wręczenia beretu, przyjąć uścisk dłoni generała Sławomira Petelickiego z gratulacjami i trafić na zespół bojowy. To było bardzo duże wydarzenie w życiu dla mnie. Po raz kolejny wydawało mi że jestem pół-Bogiem…
Po kursie trafiłem finalnie na Zespół Bojowy B, do sekcji bardzo doświadczonych operatorów. Wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny i unoszę się nad ziemią z własnej zajebistości… Po selekcji, po kursie… Miałem stopień oficerski, trafiłem na etat zastępcy dowódcy sekcji – zaczęły się szkolenia specjalistyczne „X” i „Y”. W tej sekcji był wakat na stanowisku dowódcy sekcji, więc obowiązki spadły poniekąd na mnie. Dlaczego poniekąd? Wydawało mi się, że mam to, o czym marzyłem, jestem na zespole bojowym i mam swoją sekcję! Realia były zgoła inne.
Chłopaki z sekcji to byli bardzo doświadczeni operatorzy, mistrzowie w swoim fachu z ogromnym doświadczeniem (Zatoka Perska, Irak, Afganistan, a wcześniej była Jugosławia), nie było dziedziny, w której nie bili mnie na głowę. To oni mnie zbudowali, musiałem szybko nadrabiać, aby sprostać ich wymaganiom, jakie stawiali swojemu dowódcy. Ich sposób podejścia do pracy, zasady i to, co sobą reprezentowali, utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem w dobrym miejscu. To byli profesjonaliści dbający o każdy szczegół i to z braterską atmosferą. I przyszedł dzień uścisku ich dłoni z drobnym komentarzem: „Młody, zabieraj się za swoją robotę dowódcy, nikt nie będzie za ciebie pracował, jesteś na dobrej drodze i nie spr..l tego, bo za kilka miesięcy jedziemy do Afganistanu”. To były trochę gratulacje, trochę groźba, jedno zdanie po kilku miesiącach dobrego docisku… Wtedy dopiero odkryłem zadania, jakie przede mną stawiało stanowisko, na którym byłem.
W czasie służby w JW GROM pełniłeś m.in. funkcję dowódcy sekcji w zespole bojowym. Możesz nam powiedzieć, jakie zadania wykonuje dowódca selekcji i jaka jest jego rola w czasie operacji specjalnych i w samej jednostce? Co trzeba zrobić, aby zostać dowódcą sekcji?
Tak, pełniłem funkcję dowódcy sekcji w zespole bojowym – dopiero po akceptacji przez zespół. Swoje zadania porównałbym do zadań menadżera średniego szczebla firmy projektowo-wykonawczej, zdolnego do samodzielnego zarządzania grupą wysoce wyspecjalizowanych pracowników w stresie i w strefie wysokiego ryzyka oraz wykonywania zadań w systemie kryzysowym. Z szeroko rozwiniętą podległością i ograniczeniami czasowymi do realizacji zadań, płynnością w zarządzaniu i utrzymaniem kompatybilności z innymi podobnymi grupami. Dotyczyło to realizacji zamierzeń przełożonego, działalności programowej, w tym projektowania jej i planowania (bieżących szkoleń), utrzymywania gotowości bojowej, wysokiego poziomu rozwoju indywidualnego i zespołowego do realizacji zadań w strefach wojny w całym zakresie zadań, do jakich jednostka była przeznaczona. Do moich obowiązków należało także planowanie rozwoju i kariery podwładnych, finalnie ich ocena i dbałość o nich. Wymiana doświadczeń i wprowadzanie zmian oraz aktualizacji w procedurach. Dodatkowo nie zapominajmy o dbałości o sprzęt.
Co trzeba zrobić, aby zostać dowódcą sekcji szturmowej? Formalnie: posiadać stopień oficerski, przejść selekcję, kurs podstawowy. Nieformalnie: ludzie z tej sekcji muszą być pewni, że się nadajesz.
Kiedy i dokąd po raz pierwszy wyjechałeś na misję zagraniczną? Co sprawiło, że zdecydowałeś się na wyjazd?
To nie była kwestia decydowania się na wyjazd, na „wycieczkę” wyjeżdżał dany zespół i tyle. Kompletne sekcje znające się jak łyse konie, trenujące na co dzień, tworzyły grupę. Taka grupa to precyzyjnie działający mechanizm, nie mogło w nim zabraknąć jakiegoś trybiku, wpływałoby to na osłabienie zespołu i niepotrzebne ryzyko. W tym fachu albo się decydujesz na pracę i robisz ją na maksa, albo lepiej nie zaczynaj. Na misję do Afganistanu wyjechałem około pół roku po ukończeniu kursu podstawowego. Znowu mi się wydawało, że już dużo wiem. Na szczęście otaczał mnie bardzo doświadczony zespół i było cały czas od kogo się uczyć. Jadąc na pierwszą „wycieczkę”, nie miałem pojęcia, co będziemy tam robić – jedynie wiedziałem, do czego się szkolę i czy jestem w tym dość dobry. Tu też była duża różnica między marzeniami i wyobrażeniami a realną robotą. Te wycieczki to nie był film, to się działo naprawdę…
W Afganistanie służyłeś m.in. w okrytej złą sławą prowincji Kandahar. Z jakimi wyzwaniami mierzyliście się w tym rejonie? Na czym polegały prowadzone tam przez Was działania?
Pierwsze „wycieczki” to był Kandahar, ale w tej prowincji po prostu stacjonowaliśmy w bardzo dużej bazie – roboty odbywały się nie tylko w tej prowincji. Byliśmy w systemie gotowości przeciwterrorystycznej i zadania były realizowane na potrzeby przełożonych SOF, poza tym realizowaliśmy zadania w rejonie naszej odpowiedzialności przydzielonym przez przełożonych SOF. Współpracowaliśmy z innymi SF na terenie Afganistanu w celu realizacji operacji na większą skalę. Działania były bardzo zróżnicowane: od odbijania zakładników, wsparcia militarnego, operacji humanitarnych, likwidacji celów, obserwacji, patroli rozpoznawczych, po ochronę VIP-ów czy operacje wsparcia działań oddziałów regularnych.
Dla mnie pierwsze wyjazdy to był lekki szok, chwilę minęło, nim oswoiłem się z nowym środowiskiem i z zadaniami, które wcześniej widziałem w filmach. Potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, po co i dlaczego tam jesteśmy. Zadania były standardowe dla SF – ja tylko nie mogłem zaakceptować świata, jaki tam zastałem i tego zła, które wyrządzali ludziom inni ludzie – więc byliśmy od szerzenia dobra wszystkimi metodami. Operacje były zróżnicowane: od krótkich i natychmiastowych po długie, planowe i wielodniowe na pojazdach i „na bucie”.
Ile tur bojowych spędziłeś w Afganistanie? Czy z Twojej perspektywy poszczególne wyjazdy różniły się jakoś od siebie? Czy któraś zmiana była szczególnie trudna? Jeśli tak, to która i dlaczego?
No ja byłem, bo tak wypadało, w okresach letnich w Afganistanie, więc zmiany były podobne, tylko zróżnicowane pod kątem robót, jakie przychodziły, wszystkie były wymagające. Rosły za to moja świadomość i doświadczenie, więc pierwsze wyjazdy były o tyle ciężkie, że miałem do czynienia z nowymi wyzwaniami, z czasem było łatwiej z podejmowaniem trafnych decyzji i rozumieniem tamtego świata. Były też wyjazdy wsparcia ochrony polskich Ambasad w Bagdadzie i Kabulu – to zupełnie inna praca, ale nie mniej wymagająca, z dodatkową świadomością, że możesz też być celem. Najtrudniejsze momenty dla mnie to ranni koledzy i czas, gdy się „wysypywało” życie prywatne w Polsce, a my byliśmy na „wycieczce”, bez możliwości wsparcia bliskich czy odpowiedniej reakcji na problem, ot taka bezsilność.
Czym dla Ciebie była służba w JW GROM? Jest coś z tego okresu, czego teraz Ci brakuje?
Służba byłą największą przygodą mojego życia, marzeniem i poświęceniem zarazem. To był wielki honor móc w tym wszystkim uczestniczyć, pracować w tak zacnym gronie szaleńców, którzy byli gotowi ryzykować swoje życie dla innych. Czasem brakuje mi atmosfery pracy i ludzi – to była dobra loża szyderców.
Aktualnie prowadzisz własną firmę szkoleniową Team Weteran. Kiedy podjąłeś decyzję o odejściu ze służby? Co było jej powodem? Czy z Twojej perspektywy trudno było Ci się przestawić na tzw. cywilne życie?
Tak prowadzę działalność doradczo-szkoleniową, wykorzystuję swój potencjał, tworzę nowe szkolenia, a zdobytą wiedzę i umiejętności przekładam na potrzeby cywilne. Ucząc ludzi szeroko rozumianego bezpieczeństwa, czy na co dzień, czy w trakcie podróży służbowych lub wakacji. Przygotowuję ludzi na kursach do samodzielnych wypraw górskich, samochodowych czy motocyklowych, gdzie bezpieczeństwo jest priorytetem i na to kładę główny nacisk. Powodów odejścia zebrało się kilka – były to kontuzje i urazy, które zaczęły mnie wykluczać z tego, co lubiłem robić najbardziej, prywatne życie i chęć zachowania resztek normalności w życiu, a przynajmniej podjęcie próby jej odnalezienia. Nie miałem problemu z przestawieniem się na życie cywilne, miałem dużo pasji, które realizowałem równolegle – góry, motocykle. Pod koniec służby miałem już plan, co dalej, a w zasadzie gotowe miejsce turystyczne w Bieszczadach, które prowadziłem przez kilka lat, więc łatwo poszło. Do tego z czasem dołożyłem swoje szkolenia i kursy. Służba w Jednostce uodporniła mnie na zmieniającą się wokół rzeczywistość, dlatego tzw. życie cywilne to dla mnie tylko kolejna zmiana środowiska.
Zajmujesz się obecnie między innymi edukacją społeczeństwa na temat weteranów, ich potencjału oraz przygotowania na sytuacje kryzysowe. Opowiesz nam o tym coś więcej?
Współpracuję z różnymi fundacjami, prowadzę spotkania z młodzieżą, której zaszczepiam patriotyzm i opowiadam o weteranach. I tak, wspominam o potencjale tych ludzi, „weteranów”. Jesteśmy dojrzewającym społeczeństwem w tej kwestii i brakuje jeszcze wielu systemowych rozwiązań, chociaż powoli coś się zmienia w tej kwestii. Opowiadam o tym, jak wykorzystać taki potencjał, który drzemie w „weteranach” – wystarczy pozwolić im poczuć się potrzebnymi i poświęcą się dla idei.
Jak według Ciebie postrzegani są weterani w naszym kraju? Czy ich doświadczenie, wiedza i możliwości są w pełni wykorzystywane? Czy może coś w tej kwestii wymaga poprawy?
Wielu Polakom słowo „weteran” kojarzy się z kombatantem z okresu II wojny światowej – to kwestia nomenklatury i złego skojarzenia. „Weteran” w Polsce – to jeszcze raczkujące pojęcie i wiedza społeczeństwa nikła. To ludzie, z których wiedzy i doświadczeń aż żal nie korzystać, chociażby w sytuacjach kryzysowych.
Ostatnio mieliśmy okazję oglądać Cię w nowym programie Polsatu pt. „Siły Specjalne Polska”, gdzie jako jeden z instruktorów wspierałeś rekrutów w przekraczaniu granic ich wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Jak wspominasz pracę na planie programu?
Program „Siły Specjalne Polska” był wyzwaniem dla nas jako instruktorów, ale też dla rekrutów, producenta i wydawcy. Dla mnie to była przygoda i wyzwanie, a dodatkowo czysta przyjemność w związku z atmosferą pracy i zespołem ludzi. Program był realizowany przez 24 h przez prawie 12 dni. Pracę na planie wspominam bardzo dobrze, udało się stworzyć mega „PAKĘ”: „Zachar”, „Soyers”, „Gniady” i ja, co nie musi być oczywiste, bo pochodzimy z czterech różnych Jednostek Specjalnych, a legendy głoszą o jakiejś rywalizacji czy braku sympatii między nimi. Mnie to wyzwanie pokazało, że mimo że jesteśmy z różnych środowisk, mamy podobne wartości, którymi kierujemy się w życiu. Rozumieliśmy się bez słów. Chłopaki to profesjonaliści, a plan filmowy to tylko nowe środowisko, do którego szybko się adaptowaliśmy – taka mała zmienna. Program był realizowany na brytyjskiej licencji „Who dares wins”, a naszym zadaniem było wprowadzenie rekrutów w świat sił specjalnych. Musieliśmy nimi trochę „potrząsnąć”, postawić ich w sytuacjach, w jakich oni sami by się nie postawili i odnaleźć w nich cechy poszukiwane u żołnierzy sił specjalnych.
Dziękuję za rozmowę!