Blogi // Jakub Grodzki

 


 

„Na imię jej było Lily” Bohdan Tymieniecki

Jakub Grodzki  /  19-02-2013  /  1
Wydanie z 2007 r. Fot. - www.coczytac.pl

Opisywana na niniejszym blogu moja autorska wersja historii oddziałów Falschirmjäger powoli dobiega końca. W kolejnych wpisach postaram się dodać garść informacji w zakresie całokształtu tych oddziałów oraz opisać kilka wybranych akcji z udziałem między innymi osławionego Otto Skorzennego. Jednak zanim do tego dojdzie dwa kolejne wpisy pragnę poświęcić książkom, które przypomniałem sobie przy okazji zbierania materiałów na temat niemieckich spadochroniarzy. Książkom, które są nieustannie obecne w moim życiu i wywarły duży wpływ na postrzeganie historii konfliktów zbrojnych.

Obecnie rynek wydawniczy przeżywa renesans w zakresie literatury poświęconej tematyce wojskowości i konfliktów zbrojnych. Niemal każdy znajdzie coś dla siebie, od publikacji leksykalnych i encyklopedycznych po beletrystykę i dzieła z pogranicza science fiction. Jednak czasem warto sięgnąć po tytuł, który swój debiut ma już dawno za sobą i został troszeczkę zapomniany. Tak być może jest w przypadku „Na imię jej było Lily” autorstwa Bohdana Tymienieckiego, który na kartach opisywanej książki scharakteryzował siebie w następujący sposób: –Kto ja jestem?... Panie majorze, jestem żołnierzem zawodowym armii prywatnej generała Andersa, na skromnym uposażeniu porucznika.” –

Moja osobista przygoda z tą książką zaczęła się lata temu. Czemu po nią sięgnąłem, z dwóch powodów, miała kolorową okładkę i sporo zdjęć w środku. Po pierwszej lekturze niewiele pozostało w głowie, jednak z biegiem lat i kolejnymi godzinami poświęconymi na ponowne przeczytanie nabrałem nie tyle dystansu, co raczej respektu do samego autora, jak i do opisywanych przez niego wydarzeń. Autor – żołnierz licznych frontów II wojny światowej rozpoczął swoją wojaczkę kampanią wrześniową w 1939 roku. Następnie, po klęsce armii polskiej uciekłał przez południową granicę na Węgry i następnie przedostał się do Francji, gdzie uczestniczył w kolejnej klęsce. Jak wspomina, jego oddział jako jeden z nielicznych został ewakuowany z Dunkierki z pełnym wyposażeniem i stanem osobowym, jako pełna jednostka. W Wielkiej Brytanii nie zagrzał jednak długo miejsca. Los wkrótce rzucił go na Bliski Wschód, gdzie z piechociarza przekształcił się w instruktora broni pancernej, z którą związał się do końca wojny. Szlak bojowy na Bliskim Wschodzie, a następnie na froncie włoskim przebył wraz z 2 Korpusem Polskim na pokładzie Medium Tank M4 Sherman Firefly, wyposażonego w doskonałą 17-funtową armatę nazwaną przez załogę Lily. Można powiedzieć historia jakich wiele powstało w okresie powojennym. Kolejne wspomnienia weterana II wojny światowej, który nie wrócił do komunistycznej Polski. Trudno jednak się z taką oceną zgodzić, zwłaszcza po lekturze „Na imię jej było Lily” Przede wszystkim autor ma krytyczne podejście do armii polskiej generała Władysława Andersa. Nie szczędzi złośliwości i uszczypliwości pod adresem weteranów z pod Monte Cassino.:

– „ Szliśmy drogą numer sześć, pod Piedimonta z Fifth Royal Kent. Batalion rozwiną się do natarcia w mig. Zapięci, wyszykowani, dociągnięci, szli drużynami szybko, sprężyście jak na ćwiczeniach w Aldershocie. Przyszła nawała artyleryjska, zapadli i natychmiast jak krety zaczęli kopać swoje fox-hole, tyle cali długie, tyle głębokie, tyle szerokie, bo tak ich nauczono. Przychodzi druga nawała, nie widziałem, by mieli straty. Poderwali się znowu i poszli, i tak szli, aż doszli. Przyjemnie było patrzeć. A teraz drugi obrazek. Idziemy do Castelfidardo. Idzie z nami batalion tych bohaterów spod Monte Cassino. Porozpinani, wloką się niechlujnie gromadkami, jak muchy w smole. Zaczęto nas ostrzeliwać pociskami fosforowymi, to ta ferajna ot pokładła się w krzakach. Czy myślisz, że który się okopał? Smutno im pewnie się zrobiło, to leźli jeszcze jeden do drugiego, żeby pogadać. Bo przecież oni musza gadać, no i naturalnie należy się zakurzyć. Padł jeden pocisk z moździerza, pięciu bohaterów nakryło się nogami. Pięciu ludzi rannych. Czy to z ich winy? Ja mam swoją odpowiedź, którą pokrywa moja teoria.”–

Właśnie takie fragmenty nadają tej książce niepowtarzalnego wyrazu i pozwalają nabrać dystansu do tego, co serwuje nam oficjalna historia. Daleki jestem od umniejszania dokonań oręża polskiego, jednak taka lektura pozwala nabrać krytycznego i refleksyjnego podejścia do minionych wydarzeń. Książka Bohdana Tymienieckiego warta jest uwagi również ze względu na doskonałe opisy walk, niejeden raz prowadzone niemal w rytmie pistoletu maszynowego. Krótkie urwane zdania i równoważniki zdań w pełni oddają to, przez co w momencie walki odczuwał i przeżywał autor:

–„- Patrz, pan! Tam na tych drugich wzgórzach, raczej na zboczu, idzie droga, prawie równolegle do nas, wysadzona drzewami, tak około trzech tysięcy pięciuset.
- Widzę!
Major zerknął na mnie spod lornetki.
- No, jak pan widzi, to chyba pan ich też widzi. A mógłbym teraz spróbować po nich jednym pułkiem.
I rzeczywiście, pod drzewami pojedynczo, gęsiego, posuwał się oddział piechoty.
- O, nie, panie majorze! Do tych to ja panu pokaże, jak my strzelamy. Niech pan poczeka.
Skoczyłem do czołgu. Do tego celu na tę odległość mogę strzelać wygodnie zza zasłony. Różnica kątów położenia –  dziesięć stopni. Trzeba skrócić celownik, a wydłużyć zapalnik.
- Działo!
- Em pięćdziesiąt cztery … piętnaście…
- Zapalnik… cztery coma jeden…
- Co jedna podziałka w prawo…
- Kwadrant trzy dwadzieścia osiem.
- Mówić, kiedy gotowe.
W czołgu gorączkowa praca wydobycia pocisków i nastawy zapalników. Teraz strzelamy bez poprawek, od dawna w mózgu siedzi mi ta nastawa. Szczęk zamka.
- Fire!
Ten miękki odrzut lufy! Targało czołgiem. Pocisk szedł za pociskiem, tam w dole troiły się ręce. Dla nich dopiero teraz zaczynała się bitwa. Nad samymi koronami drzew białe obłoczki rozprysków zaczęły układać się w równiusieńka linijkę. Przy tej szybkości wysyłania ostatni wybuch wyrównał do pierwszego, zanim ten zdążył rozpłynąć się w powietrzu. Wróciłem do majora.
- Wie pan co, młody człowieku, bo nie znam pańskiego stopnia, ostatnie lata byłem wykładowcą w Szkole Artylerii w Toruniu. Wiem, co to jest artyleria, bo do dziś jest moim życiem. Ale takiego strzelania na rozprysk nie widziałem. Prawda, że wasze działa mają większa prędkość początkową, a tym samym mniejszy rozrzut. Ale żeby wybuchy były na jednej linii i na jednej wysokości przy strzelaniu na kąt podniesienia, to trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć nawet w możliwość. Jak pan mógł na ten dystans, bez wstrzeliwania się, tak od razu siedzieć na celu? Kim pan jest, do cholery. Czy pan artylerzysta?
- Kto ja jestem?... Panie majorze, jestem żołnierzem zawodowym armii prywatnej generała Andersa, na skromnym uposażeniu porucznika.”–

Profesjonalizm, kompetencja, fachowość w tym co robi i jak działa. Fanatyk wyszkolenia, to również można dorzucić do cech charakteryzujących sylwetkę Bohdana Tymienieckiego. Jednak, pomimo tych wszystkich cech, w tym jak jest napisana „Na imię jej było Lily” widać, że nie zanikły w autorze ludzkie odruchy i zachowania:

––„W końcu uliczki, przez drogę nie dalej niż sto kroków, duży szyld: trattoria. Trzeba zobaczyć.
- Stapiński! Weź tommyguna! Poszliśmy.
W drzwiach, jak w Ismaila, sznury nawleczonych brązowych i czerwonych wisiorków – podobno dobre na muchy, wszedłem. W Sali na ławkach i krzesłach pełno Niemców. – Achtung! – wszyscy zerwali się z miejsca. Byli bez broni, nasi jeńcy, których tu przysłano i kazano czekać. Z ławki wolno, trzymając brudną szmatę na głowie zaczął podnosić się oficer, major. Szybko podszedłem.
- Sitzen się! – lekko podniosłem jego rękę i odchyliłem szmatę. Zrobiło mi się słodko w ustach; kawałek czaski odłupany, widać biała błonę mózgu, ale nie ma krwi.
- Stapiński! Do czołgu! Niech Rusinek wezwie lekarza … natychmiast. Wyjąłem papierosy, zapaliłem dwa i jeden wsadziłem rannemu w usta; mrugnął oczami. Machnąłem ręką, by usiedli. Stałem w drzwiach czekając na sanitarkę. Minęło może cztery minuty, zajechała; na stopniu stał Stapiński. Wysiadł Rutana:
- Co się stało?
- Jędrek, ten oficer jest ciężko ranny.
- Co ty mi głowę zawracasz! Ja nie mogę dać rady z naszymi, a ty mi Niemca pchasz. Niech idzie do tyłu.
- Jędrek, zrób to dla mnie. Dziś jemu, jutro … mnie.
- No dobrze, ty Don Kichocie, zawsze mówię, że ty się na tę wojnę nie nadajesz. Dawaj go!
Zaniesiono opatrunkowy kit. Jędrek powoli, dokładnie bandażował głowę rannego.
- Zabieram go ze sobą. Uśmiechnąłem się dziękując. Ranny idąc do wyjścia, stanął, obrócił obandażowaną głowę, spojrzał mi w oczy i poruszył wargami.
Zasalutowałem. Skierowałem się do drzwi… Z trzaskiem, bez komendy, powstali.”–

Czy powyższe fragmenty w pełni oddają obraz tej lektury. Nie są to tylko elementy pełnego obrazu wojny widzianej i doświadczanej przez człowieka, który wierzy w to, co robi. Szanuje kolegów i przełożonych i głośno wypowiada to, co mu leży na sercu. Warto sięgnąć po tę, lekko przykurzoną i zapominaną lekturę. Przy czym warto również zwrócić uwagę na rok wydania, bowiem ostatnie wznowienie z 2007 roku nie jest do końca dopracowane, a dobór zdjęć pozostawia trochę do życzenia. Jest to również lektura, która może śmiało konkurować z obecnymi wspomnieniami z Iraku, Afganistanu, Czeczeni , Kosowa, czy innych pól współczesnej walki. Na koniec pragnę dodać jeszcze jeden fragment, coś co stało się później niemal legendą w 2 Korpusie Poslkim:

–„Tak minęło chyba z pół godziny, pułkownik odwrócił się i kiwną na mnie. Podczołgałem się koło niego.
- Lornetka.
 - Tak jest panie pułkowniku!
- Przed nami wzgórze, prawie na szczycie wieża kościoła…
- Widzę!
- Trochę na dół i w prawo … co pan widzi?
- Wąską linię szosy z zakrętem wchodzącym w zadrzewienie.
- Dobrze. A teraz niech pan uważa.
Wlepiłem oczy w lornetkę. Minęła minuta, może dwie, na szosie zakurzyło się, na prostą wypadł samochód, doszedł do zakrętu i zniknął za drzewami.
 - Widział pan?
- Tak jest, panie pułkowniku!
- Czy można tam strzelić i czy można trafić?
Uśmiechnąłem się zamiast odpowiedzi.
 - Niech pan spróbuje.
- Rozkaz!
Czy można trafić? Boże… z takiej armaty! Toż ona pocisk zaniesie jak ręka na cel.
Z oka trudno ,z mapy prawie pięć tysięcy, kąt położenia prawie ten sam, na derywacji przy tej odległości muszę dać najmniej dwie podziałki. Stanąłem – jak kiedyś na pustyni – z tyłu czołgu za wieżą. Za wszelką cenę muszę wejść pierwszym pociskiem. Teraz strzelam dla … widowni!
- Działo! Granat … wolno … wolno w prawo.
Przez sweebey-sight naprowadzam na kierunek.
-Już!
Wziąłem drugą lornetkę, wspaniała. Zdobyczna, dwunastokrotna, ze szkłami Zeissa.
- W lewo… dwie podziałki!
Cholernie daleko … ale!
- Kwadrant… cztery dwadzieścia osiem!
Jeszcze jeden, ostatni rzut oka na wylot lufy.
- Ognia!
Powoli podniosłem lornetkę. Pirożek aż do połowy wychylił się z wieży. Jeszcze dwie sekundy i … czarny wybuch tuż, tuż za zakrętem. Uczucie ulgi, a przecież byłem prawie pewny, że mnie nie zawiedzie. Pirożęk dał mi znak ręką, jakby mówiąc, że widział wybuch i naprowadza swoje działo na kierunek .
- W dół jedna podziałka! … Czekać na rozkaz!
-Pirożek!
- Mój strzał … dozór! …
- W lewo dwie podziałki …. Kwadrant … cztery dwadzieścia osiem… w dół jedna.
- Czekać na znak ręką!
Oczy w lornetkę. Przy utracie prędkości początkowej na tę odległość przelot co najmniej siedem sekund… Dam sto jardów wyprzedzenia. To będzie strzał. To nie tylko ars gratia artis, tu zobaczycie, czy moja wiara w duszę armaty jest tylko wizją dziecinnych snów. Dłużyły się minuty. Zakurzyło się na białej nitce szosy, wypadł samochód… Podniosłem rękę… już dochodzi do podziałki w lornetce…
- Fire!
Targnęło czołgami! Poszły obydwa … gdzieś aż pod słońce! Kobierzycki wyjrzał z wieży z moją drugą lornetką. Samochód dochodził już do zakrętu, zwolnił i … czarna chmura wybuchu, a w niej druga! Zeskoczyłem z czołgu, byłem pewny, że z tego dymu nikt ani nic już nie wyjedzie. Mijały sekundy. Pułkownik Bobiński wstał, obrócił się i on – ta część legendy Pustyni Zachodniej – zaczął bić brawo … jak w teatrze! (…) Odpadło uczucie pewności siebie, dumy, zadowolenia. Pozostała cieniutka niteczka nostalgii za czymś z odległych minionych dni. A chociaż wiatr pustynny dawno już zawiał piaskiem ślady gąsienic, to brawo pułkownika, uśmiech Kobierzyckiego, dumnie na słońce wzniesiony wylot lufy wrócił mi ukłuciem w serce cień echa błąkającego się jeszcze gdzieś w mózgu.”–

Bohdan Tymieniecki – zmarł w Londynie z 1992 roku. Żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, służbę zakończył w stopniu podpułkownika. Za dokonania na frontach II wojny światowej został dwukrotnie odznaczony Virtuti Militari. Po wojnie mieszkał na emigracji w Wielkiej Brytanii. Książka jego autorstwa „Na imię jej było Lily” ukazała się po raz pierwszy w 1971 roku. Do ojczyzny wrócił dopiero po śmierci – pochowany jest na warszawskich Powązkach.

Komentarze

1
czytelnik / 27-06-2013, 13:46
Mam te same odczucia. Książka kupiona bodajże w połowie lat 80-ych, wtedy kupowałem wszystko co było z symbolem Wyd. MON, również jakiś propagandowy syf. Ale do tej książki chętnie zaglądam. Jako dzieciaka znudził mnie ten wojskowy slang, ale jako dorosły wracam do niektórych fragmentów, bo to gotowy scenariusz filmowy. Perełkami są sceny gry w pokera, spotkania z "białymi" Rosjanami oraz precyzyjnie rozpisanej bitwy o Metauro River, a komentarze o profesjonalizmie to prawie jak wyznanie wiary. Dzięki takim książkom legenda II Korpusu zyskuje realny wymiar, stając się opowieścią o ludziach z krwi i kości a nie jednowymiarowych bohaterach wyciętych z bajek.
   1 / 1   

Wybrane dla Ciebie

 


100% byczej skóry »

 



 


Poznaj 5 kluczowych zalet latarek taktycznych, które Cię nie zawiodą »
latarka mactronic

 


Poznaj 1 sposób na ochronę Twojego smartphona »

Dla kogo latarka taktyczna z UV »


latarka taktyczna

 


Rajd po trudnym terenie?  Dobierz pojazd »
pojazdy wojskowe

 


Na czym polega przewaga butów taktycznych »

Jesteś aktywnym strzelcem? Gdzie zaspokoisz swoje potrzeby »


ubranie taktyczne

 


Kto chroni statki handlowe »

 


Jakie parametry liczą się w goglach noktowizyjnych »

Wybierz sprzęt bushcraft  »

noktowizja

sprzet bushcraft




Jakie funkcje powinny mieć latarki czołowe »
latarki czołowe

 


Jakich butów nie porzucisz w akcji »

W ciemności przyda się pewne źródło zasilania »


sprzet logistyczny

 


5 kluczowych zalet butów taktycznych »
buty wojskowe

 



Jak poprawić celność broni »  Wybierz produkty sprawdzone w ekstramalnych warunakch »
broń konserwacja zegarki taktyczne

 


Dobierz buty do swojego hobby »
buty taktyczne

 



Uzyskaj licencję Instruktora Sportu Strzeleckiego » Prosty sposób na wzmocnienie celności »
zasilanie latrki na karabin

 


Poznaj arkana radiokomunikacji wojskowej w XXI wieku » Spodnie taktyczne na każdą misję »
latarka czołowa spodnie taktyczne

 

 


05/07/2020

Dodaj komentarz
Nie jesteś zalogowany - zaloguj się lub załóż konto. Dzięki temu uzysksz możliwość obserwowania swoich komentarzy oraz dostęp do treści i możliwości dostępnych tylko dla zarejestrowanych użytkowników portalu Special-ops.pl... dowiedz się więcej »

Aktualności

CBŚP i olsztyński SPKP w akcji przeciwko pseudokibicom

Rezultatem śledztwa prowadzonego przez olsztyńskie CBŚP i Prokuraturę jest kolejne uderzenie w gang powiązany z pseudokibicami jednego z klubów sportowych. Podczas akcji policjanci zatrzymali...

Aktualny numer

2/2021
SPECIAL OPS 2/2021
W miesięczniku m.in.:
  • - 60 lat JW4101
  • - Morska ochrona statków - robota dla komandosa
Autor bloga
Jakub Grodzki
Inne artykuły tego autora
Special-OPS TV


WYŻSZA SZKOŁA ADMINISTRACJI I BIZNESU IM. EUGENIUSZA KWIATKOWSKIEGO W GDYNI
WYŻSZA SZKOŁA ADMINISTRACJI I BIZNESU IM. EUGENIUSZA KWIATKOWSKIEGO W GDYNI
Wyższa Szkoła Administracji i Biznesu im. E. Kwiatkowskiego w Gdyni od dekady kształci wybitnych specjalistów z Bezpieczeństwa Wewnętrznego,...
Rzetelna Firma
Copyright @ 2010-2012 Grupa MEDIUM Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Spółka komandytowa, nr KRS: 0000537655. Wszelkie prawa, w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów zabronione. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych wyłącznie na zasadach określonych w Zasadach korzystania z serwisu.
realizacja i CMS: omnia.pl