Wiele wskazuje, że taki scenariusz nie jest wykluczony, a nawet, że bardzo prawdopodobny. Aby go rozważyć warto przypomnieć podstawowe cechy operacji specjalnych, które czynią je specjalnymi. Wojska specjalne są nieliczne. Z zasady działają w niewielkich grupach i nie wymagają rozbudowanej infrastruktury ani logistyki. Nierzadko ich szkolenie ściśle wiąże się z dedykowanym obszarem działania i obejmuje także umiejętności językowe i znajomość kultury regionu przyszłych działań. Wreszcie, żołnierze sił specjalnych są w stanie w sposób trudny do wykrycia przedostać się w okolice celu. To jest zdecydowanym plusem działań specjalnych, pozwalającym czasem na użycie grupy, lub zespołu grup specjalnych zamiast batalionów czy brygad wojsk lądowych lub dywizjonów lotnictwa. Z drugiej strony, siły specjalne mają swoje ograniczenia. Są niezwykle zależne od informacji wywiadowczych, elementu zaskoczenia, kamuflażu, a ich siła ognia, mobilność i odporność na bezpośrednie przeciwdziałanie przeciwnika są dużo niższe niż w przypadku wojsk konwencjonalnych.
Czy można użyć sił specjalnych do ataku na infrastrukturę przemysłową czy naukową przeciwnika? Można. Podstawowe pytanie brzmi - w jaki sposób? Irańskie instalacje atomowe i przemysłowe są liczne, rozproszone i zapewne silnie chronione. Ich fizyczne zniszczenie lub uszkodzenie wymaga dostarczenia dużej ilości precyzyjnie ulokowanych materiałów wybuchowych. To jest zadaniem dość karkołomnym, zwłaszcza na terenie przeciwnika dysponującego silną liczebnie policją i służbą bezpieczeństwa. Jeśli byłaby taka potrzeba, jest to zadanie wykonalne, ale właściwsze raczej dla lotnictwa – a to oznacza otwartą konfrontację zbrojną a więc nieuniknione straty, zarówno w ludziach, jak i konsekwencje polityczne. Zważywszy na stan sił zbrojnych Iranu i ich potencjał – nie byłyby one w stanie zapobiec atakowi, ale też atak taki nie byłby tak łatwy jak bombardowania Iraku w 1998 czy 2003 roku. Mogłyby także nie zapobiec odpowiedzi asymetrycznej.
| Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera! |
Konfrontacja skryta pozwala z założenia uniknąć wielu negatywnych konsekwencji, jednak powraca problem ograniczeń związanych z operacjami specjalnymi. Wobec tego, ich celem musi być coś innego, dużo łatwiejszego w zniszczeniu. Może to być infrastruktura, szczególnie wrażliwa na drobny akt sabotażu – i taką rolę odgrywał zapewne wirus Stuxnet. Jednak nawet najkosztowniejsza aparatura z reguły jest możliwa do zastąpienia. W ten sposób można głównie grać na czas.
„Ludzie są ważniejsi niż sprzęt” – ta zasada dotyczy także celów. W zaawansowanych technicznie programach, takich jak rakietowe czy nuklearne, kluczowi są naukowcy i inżynierowie. To oni są rzeczywistym dobrem każdego programu rozwojowego, a jego efekty zależą przede wszystkim od ich wiedzy, umiejętności, talentu, intuicji. Zastąpić maszynę można w ciągu tygodni lub miesięcy. Na wykształcenie osoby zdolnej pracować nad bombą jądrową potrzeba wielu lat, a naukowiec zdolny do efektywnego kierowania takim programem lub jego częścią to chodzące co najmniej kilkanaście lat, a błyskotliwego umysłu nie da się przecież zreplikować. Ta sama zasada dotyczy także wojska – dowódców dywizji, korpusów czy jednostek specjalnych szkoli się dekadami, podobnie jak osoby mające ich zastąpić. I także ich talentów czy cech osobistych nie da się zastąpić, a to one nierzadko decydowały o wyniku bitew i wojen.
W 1943 roku bombowce brytyjskie zbombardowały niemiecki ośrodek badań rakietowych w Peenemünde. W następstwie tego, Niemcy przenieśli poligon doświadczalny na okupowane tereny Polski, gdzie bombowce nie sięgały. Od września 1944 do marca 1945 na Wielką Brytanię i Belgię odpalono setki pocisków. Jednak czy program rakietowy zostałby zrealizowany na taką skalę, gdyby nie organizatorzy i naukowcy, jak Werner von Braun? Czy gdyby w wyniku akcji, dajmy na to Armii Krajowej i SOE, on i jego współpracownicy zostali by zabici, mieliby następców zdolnych dorównać im pod względem osiągnięć?
Prawdopodobnie, podobna sytuacja ma miejsce w przypadku programu irańskiego. Zamachy na kluczowy personel, czy to w celu jego fizycznego usunięcia, czy też zastraszenia osób przy nim pracujących, mogą – choć nie muszą ze stuprocentową pewnością – poważnie zaszkodzić, a wręcz zniszczyć ten program. Należy założyć, że podobnie można oddziaływać na inne wymagające wysoko wykwalifikowanych specjalistów programy zbrojeniowe (ataki Mossadu na naukowców i dostawców związanych z egipskim i irackim programem atomowym przykładem), a także przedsięwzięcia polityczne. Jednocześnie, pojawia się tu istotny problem.
Operacje specjalne i wywiadowcze są obarczone istotnym ryzykiem politycznym. Sięgając po takie metody, nieuchronnie sięga się po sposoby działania zbliżone do terrorystycznych, a czasem identyczne. Czy demokratyczne państwo, może z jednej strony pozwolić na stosowanie terroryzmu, jednocześnie z nim – choć pod inną flagą - otwarcie walcząc. Na to pytanie można jednak odpowiedzieć innym, dotyczącym racji stanu, a więc szczególnej formy interesu państwa. Czy w obliczu broni mogącej niszczyć całe miasta, a wręcz państwa, rozważania tego rodzaju są właściwe – to pytanie już wykracza poza temat tego wpisu.





