Działania Andersa Behringa Breivika są istotne z kilku powodów. Po pierwsze przypominają o tym, że terroryzm ma różne oblicza i różne podłoża, o czym to wiele osób (szczególnie z mediów) zdało się zapomnieć. Począwszy od 9/11 zaczęto na masową skalę utożsamiać terrorystów z ganiającymi po górach w turbanach Afgańczykami. Zapomnieliśmy chyba, iż fundamentalizm czy radykalizm nie odnoszą się tylko do Islamu czy skrajnej lewicy. Breivik przypomniał, że ruchy skrajnie prawicowe stanowią istotne zagrożenie dla publicznego bezpieczeństwa.
Należy w tym miejscu nadmienić, iż od pewnego czasu rysuje się w niektórych państwach europejskich trend odwracania się od polityki multikulturowości i ściślejszego kontrolowania i nadzoru obcokrajowców napływających i mieszkających w tych państwach. Czy można więc zaryzykować stwierdzenie, że akcje Breivika posiadają spotęgowane do granic absurdu znamię powszechnego niezadowolenia? Trudno o tym mówić z perspektywy Polski, ponieważ mniejszości narodowe czy wyznaniowe stanowią u nas marginalny odsetek społeczeństwa. Jednak jeśli wejdziemy w skórę Niemców, Francuzów czy Brytyjczyków sprawy nie są już tak oczywiste.
Warto zauważyć, iż my (jako przedstawiciele „zachodniej cywilizacji”) patrzymy na tego typu zagadnienia przez pryzmat reguł i praw, które są obce drugiej stronie. W dużym uproszczeniu; jeśli powiedziałbym publicznie w Europie, że nie chcę żeby do mojego kraju wpuszczano Arabów albo muzułmanów ponieważ statystycznie rzecz biorąc zwiększają oni prawdopodobieństwo zaistnienia aktu terrorystycznego, nazwano by mnie nietolerancyjnym draniem albo rasistą. Czy mogę liczyć na taką samą reakcje wobec kogoś kto powiedziałby to samo względem Europejczyków np. w Pakistanie? Szczerze wątpię. Moje dywagację nie mają na celu piętnowania rasy czy też religii; nie jestem rasistą i uważam się za osobę tolerancyjną, chcę jednak zarysować pewien problem, który choć dziś dopiero zauważalny to za kilkadziesiąt lat może doprowadzić do daleko idących zmian w naszym kręgu cywilizacyjnym.
Wracając do Breivika, druga rzeczą, którą pokazały zamachy z Norwegii jest siła jednostki i ogrom strat, które może zadać jedna osoba. Terroryzm jest, jak to się mówi, teatrem dla osób trzecich. Przemoc stosowana przez terrorystów nie ma zranić czy zabić określonych osób, ma ona zaszczepić w pozostałych strach, że oni też mogą stać się ofiarami zamachu. Ten zaszczepiony w społeczeństwie strach ma doprowadzić do wymuszenia na osobach decyzyjnych spełnienia żądań terrorystów. W naszym kręgu cywilizacyjnym dzieje się to poprzez demokratyczne mechanizmy np. wybory - patrz przykład Hiszpanii 2004. Trudno byłoby jednej osobie przeprowadzić atak na dużą skalę (choć Timotiemu McVeigh się to udało) porównywalny z 9/11 czy atakami z Londynu lub Madrytu, jednak zamachy jednoosobowe, w związku z brakiem konieczności wymiany informacji pomiędzy uczestnikami, są dużo trudniejsze do wykrycia.
Zastanawiam się czy bardziej przeraziłby mnie atak, w którym jakaś grupa wysadziłaby budynek w centrum Warszawy albo kilka pociągów metra czy scenariusz na podobieństwo akcji Breivika? Zdaje sobie sprawę z skomplikowanej natury działań konspiracyjnych, które musi podjąć grupa by dokonać zsynchronizowanego ataku na dużą skalę; z drugiej strony wiem, że działają służby, które taką działalność powinny monitorować i zwalczać. Nie mam jednak kompletnie żadnej świadomości na temat tego co dzieje się w głowie mojego sąsiada i czy przypadkiem nie utożsamia się on z jakąś chorą ideą, choćby powrotem do Rzeczpospolitej Obojga Narodów i nie jest gotowy strzelać do moich dzieci na placu zabaw, żeby zwrócić uwagę na swoją „sprawę”.
Jeśli przeniesiemy taką sytuację do społeczeństwa multikulturowego i założymy, że grupy i jednostki utożsamiające się z ideologią radykalnego islamu przyjęłyby takie metody to problem staje się aż nadto wyraźny. Wśród osób odpowiedzialnych za kreowanie koncepcji działania w Al Kaidzie coraz dobitniej słychać głosy, iż należy zrezygnować z ataków na dużą skalę na rzecz mniejszych a częstszych. Jednym z orędowników tej koncepcji jest Saif al Adel, jeszcze za życia bin Ladena wyznaczony na dowódcę operacji na Zachodzie a po jego śmierci pełniący krótko rolę szefa organizacji.
Czas pokaże, czy będziemy świadkami większej ilości aktów terrorystycznych przeprowadzanych przez jednostki, które działają bez konieczności kontaktu z jakimikolwiek strukturami a są powiązane z nimi jedynie za pomocą wyznawanej ideologii. Z punktu widzenia możliwości osiągnięcia zakładanych celów taktyka taka mogłaby nieść dla grup terrorystycznych porównywalne „korzyści” wymagając jedynie zaszczepienia przekonania o konieczności działania wśród osób, które utożsamiają się z jej ideami.

